Strażnicy przyprowadzili Fergy\'ego
Strażnicy przyprowadzili Fergy\'ego z powrotem, a my przywitaliśmy go śmiechem i wesołymi okrzykami. Śmieli się teraz wszyscy, nawet mali chłopcy włoscy, wszyscy z wyjątkiem wartowników, którzy wymyślali Fergy\'emu po włosku i z oburzoną miną trzaskali ręką w karabiny. Na dzisiaj dosyć. Dzwonią na kakao. Do Kapui, w pobliżu Neapolu, dojechaliśmy koleją. Gdyby nie matowa zieleń krzewów oliwkowych, gdyby nie grona niedojrzałych fig, podróż ta nie różniłaby się właściwie niczym od podróży po Anglii. Obóz, który dostrzegliśmy już podczas marszu ze stacji, położony był na płaskim terenie u podnóża Apenin. Mniej więcej w odległości mili od obozu wyrósł nagle przed nami skalisty górski masyw; sam obóz jednak leżał na idealnej płaszczyźnie. Z czasem zżyliśmy się z widokiem tej góry, królującej nad naszymi barakami. Maszerowaliśmy trójkami do pierwszego naszego obozu jenieckiego, prowadził nas włoski comandante na rowerze. I oto my dwaj, autorzy tej książki, którzy posiadaliśmy kiedyś mnóstwo wszelakich gratów, dóbr tej ziemi oraz przedmiotów o względnej wartości — takich jak garnitury, maszyny do pisania, papierośnice, adaptery, łóżka, kije do krykieta, rowery, butle whisky, kostiumy kąpielowe, dzieła Szekspira, gry konstrukcyjne, zegarki na rękę, wrotki, króliki, maszynki do golenia oraz do strzyżenia trawników — wchodząc teraz do Kapui mamy jedynie to, co na sobie (koszule, szorty, skarpetki, buty), jeśli nie liczyć hełmu stalowego oraz spodni. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś był mniej obarczony wszelakimi błahostkami z „targowiska próżności\". W czasie rewizji strażnicy odebrali nam stalowy hełm. Cóż to była za wspaniała nauczka moralna! Człowieku, nie przykładaj zbyt wielkiej wagi do dóbr doczesnych! Kiedy weszliśmy przez wielką bramę obozu i zamknął się wokół nas pierścień drutów kolczastych, mimo woli pomyśleliśmy sobie, ile też czasu upłynie, zanim brama ta znów otworzy przed nami swoje podwoje. Zdawało się nam, że odmasze-rowaliśmy z tego świata, że zdeponowano nas na składzie aż do końca wojny. Przypuszczaliśmy, że minie co najmniej sześć miesięcy, zanim znów pójdziemy tą drogą do stacji. Był czerwiec, kiedyśmy tu wchodzili — rozgrzane drzewa wzdłuż drogi uginały się pod ciężarem liści. Kiedy miniemy je, idąc w odwrotnym kierunku, będzie już zapewne zima. Maszerowaliśmy nierównym krokiem, wycofywaliśmy się ze świata. Znaleźliśmy się wewnątrz głównego ogrodzenia, lecz poza terenem wydzielonym dla oficerów. Rozległ się zgrzytliwy odgłos zatrzaskującej się drewnianej bramy, która zamknęła się za nami definitywnie. Każdy z nas wzdrygnął się lekko. W dalszym ciągu jednak uśmiechaliśmy się, wyrażając tym niefrasobliwym uśmiechem pobłażliwe lekceważenie dla Włochów — specyficzna angielska postawa, uznana mniej lub bardziej oficjalnie. Potem zaczęto wprowadzać nas po kolei do namiotu i rewidować. Mieliśmy przy sobie doskonałe angielskie nożyczki, które zostały skonfiskowane, podobnie jak stalowy hełm. Fergy nie chciał oddać swego płaszcza od deszczu. Jeden z carabinieri odebrał mu go. Fergy wyrwał mu płaszcz z rąk. Włoch, klnąc, znowu mu go odebrał i rzucił gdzieś w kąt. Fergy wydostał go stamtąd i już wychodził ż płaszczem w ręku, gdy zauważył go carabiniere, dopadł 4o niego i mało brakowało, a byłby go pobił. Włoch był rosłym mężczyzną, toteż Fergy, szczupły i osłabiony dy-zenterią, chcąc nie chcąc zmuszony był ulec. Inni Włosi skupili się wokół niego i, rozwścieczeni, zaczęli tłumaczyć mu łamaną angielszczyzną, że teraz nie ma już kim dowodzić, że jest jeńcem armii włoskiej i że ma bezapelacyjnie robić to, co mu każą. Dzisiaj jego obowiązkiem jest słuchać rozkazów, a nie wydawać je. Gdy
Poprzedni - Głęboko. Nie jesteśmyNastępny - Tak staliśmy w